ŚWIADOMOŚĆ DOBROBYTU, CIERPIENIE I MISTYKA CHRZEŚCIJAŃSKA
Copyright © Adam Bytof, 1998
W toku historycznego rozwoju cywilizacji, około 2500 – 2000 lat temu zaczęły powstawać i rozwijać się główne religie świata. Człowiek wszedł w etap pełnego uświadomienia sobie własnej odrębności i wyobcowania psychicznego ze świata natury. Zaczął dotkliwie, w pełni świadomości, odczuwać ból istnienia i problem śmierci. Cierpienie stało się centralnym zjawiskiem psychicznym, z którym przyszło nam się skonfrontować jako gatunkowi. Jednym z pierwszych filozofów, który bardzo wyraźnie mówił o tym był Budda, około 600 lat przed Chrystusem. W europejskim kręgu kulturowym cierpienie, grzech i odkupienie stały się zasadniczymi pojęciami teologii chrześcijańskiej. Chrystus cierpiał konając na krzyżu za grzech ludzkości, zbawiając w ten sposób świat, co zostało potwierdzone Jego zmartwychwstaniem. Wydawać by się mogło, że tego typu wiara powinna w zasadzie rozwiązywać problem grzechu i cierpienia. Chrystus, biorąc na siebie grzech każdego człowieka, zbawił go. Cierpienie nie jest więc dłużej potrzebne, odkupienie dokonało się na krzyżu. A jednak tak nie jest. Chrześcijaństwo, a właściwie pewne jego odmiany, jak się okazuje, nie gloryfikuje jedynie zbawczego cierpienia Chrystusa, ono gloryfikuje cierpienie w ogóle. Nie mogąc uniknąć cierpienia w tym świecie, możemy mu nadać przynajmniej jakiś sens, możemy ofiarować swoje cierpienie Bogu za grzechy własne lub innych ludzi. I nie ważne jest to, że Chrystus zrobił już wszystko, że jego ofiara jest całkowicie wystarczająca. Chrześcijanie mogą “łączyć się” w swoim cierpieniu z Chrystusem, nadając w ten sposób, w geście rozpaczy, sens własnemu cierpieniu. Jest to niezwykle ważna strona religii i jej ogromne pozytywne znaczenie psychologiczne.
Istnieje jednak jeszcze druga strona medalu. Gloryfikując w ten sposób cierpienie w sposób podświadomy dążymy do jego przeżywania. Nasza podświadomość kieruje nas w tekie miejsca i okoliczności, w których będziemy mogli przeżywać chwalebny ból. W skrajnych wypadkach możemy mieć do czynienia nawet z powtórzeniem agonii Chrystusa, z tzw. stygmatykami. Ludzie doświadczający stygmatów, zazwyczaj wielcy święci katoliccy, doświadczali niezwykłego zjawiska, które przyjmowali za cud. Oto w ciele ich pojawiały się bez żadnej zewnętrznej przyczyny krwawiące rany na dłoniach, stopach, boku i głowie, rany które zostały zadane Chrystusowi dwa tysiące lat temu. Bardzo często stygmaty pojawiały się w rocznicę śmierci Chrystusa, w Wielki Piątek. Stygmatycy w przytłaczającej większości to osoby zakonne, częściej kobiety niż mężczyźni. Bardzo często stygmaty pojawiały się w czasie głębokiej modlitwy, kontemplacji i ekstazy, czyli w odmiennych stanach świadomości.
W dwudziestym wieku wykonano szereg eksperymentów, w czasie których udało się spowodować wystąpienie stygmatów w stanie bardzo głębokiej hipnozy, która również jest odmiennym stanem świadomości. Wskazuje to na możliwość “naturalnego” pochodzenia tego zjawiska. Nie konieczna jest tu jak się okazuje ingerencja samego Boga. Oczywiście niektórym taka wiara jest do czegoś potrzebna, podobnie jak kilkaset lat temu wiara w to, że Bóg zsyła powodzie i zarazy, a nie są one wynikiem naturalnych praw przyrody. Ogromne znaczenie w powstawaniu stygmatów ma konstrukcja psychiczna stygmatyków. Można z powodzeniem stwierdzić, że są oni typowymi przydstawicielami “teologii cierpienia”. Zdecydowana ich większość to katolicy. Katolicyzm, jak wiadomo, nie podkreśla tak silnie jak protestantyzm znaczenia historycznego wydarzenia śmierci Chrystusa. W protestantyzmie mówi się na przykład, że zbawienie człowieka dokonuje się jedynie poprzez łaskę, poprzez smierć i zmartwychwstanie Chrystusa, a czyny człowieka nie mają tu zasadniczego znaczenia. W katolicyzmie część odpowiedzialności za zbawienie przenosi się na człowieka i sposób postępowania, dobre uczynki i grzechy mają wpływ na zbawienie lub potępienie. Protestant przyjmuje, że zbawia go Chrystus i tylko On, człowiek ze swej strony nie musi już składać dodatkowej ofiary za grzech. Nie musi cierpieć razem z Chrystusem. I rzeczywiście wśród protestantów prawie w ogóle nie spotyka się stygmatyków. Oni po prostu reprezentują inny typ psychologiczny, który nie sprzyja występowaniu tego typu zjawisk. Można więc powiedzić, że stygmatycy katoliccy sami sobie fundują ból stygmatów, znajdując w tym głęboki sens i satysfakcję “współcierpienia z Chrystusem”.
Podświadomość może mieć i ma ogromny wpływ na rzeczywistość materialną. Prezentując swoją postawą “teologię cierpienia” sami sobie fundujemy cierpienie. Nie w każdym przypadku sa to oczywiście stygmaty. Tego typu zjawiska występują w bardzo głębokich odmiennych stanach świadomości. Nasze cierpienia są zwyczajne, wcale nie cudowne, po prostu codzienne trudności, nasz “krzyż powszedni”.
Istnieje jednak również inna droga. Wcale więc nie musimy fundowć sobie kłopotów na własne życzenie. Możemy przeciwstawić się “teologii cierpienia”. Możemy zacząć kształtować w sobie “teologię przyjemności”, “świadomość dobrobytu”. Dlaczego tak łatwo dajemy manipulować swoją podświadomością i dlaczego rezygnujemy tak łatwo z przyjemności i dobrobytu? Kiedy jasno ujrzymy mechanizmy działania swojego umysłu możemy zacząć go kontrolować i kształtować naszą podświadomość tak, jak zechcemy.
Cierpienie będzie nas spotykać, nie od razu od niego się uwolnimy, ale z czasem zauważymy, że doświadczamy go coraz mniej. Po pierwsze, że nie należy gloryfikować własnego cierpienia. Wystarczy, że będąc chrześcijanami, oddajemy chwałę i cześć cierpiącemu Chrystusowi. To cierpienie Chrystusa, a nie nasze, ma sens zbawczy. Nasze cierpienie ma sens o tyle, o ile zwraca nas ku Najwyższej Świadomości. Ale ku Najwyższej Świadomości może nas również zwracać przyjemność, rozkosz, szczęście. Jest to jedynie kwestia praktyki i uwagi. Ofiarowując całe swoje życie, a nie tylko cierpienie, zwracamy się ku Najwyższej Świadomości. Jest takie stare powiedzenie: “jak trwoga to do Boga”. Dlaczego? Dlaczego nie: “jak radość to do Boga”, “jak powodzenie to do Boga”, “jak rozkosz to do Boga”?
Duchowni mówią, że cierpienie pozwala nam doświadczyć chwilowego “upadku” naszego ego, a w momencie gdy nasze ego jest zdruzgotane cierpieniem, mamy szansę dotknąć Najwyższej Świadomości. Nie jest to cała prawda.
Kiedy przeżywamy chwilę szczęścia również możemy wykroczyć poza ego. Przyjrzyjcie się doświadczeniu orgazmu seksualnego. W chwili najwyższej rozkoszy, możemy doświadczyć wręcz odmiennego stanu świadomości, następuje tak głębokie zjednoczenie, że nasze ego na chwilę znika. Przestajemy istnieć jako ego, dotykamy “Świadomości Kosmicznej”, chociaż na ułamek sekundy. Nic dziwnego, że niektórzy ludzie o swoich wyjątkowo silnych orgazmach mówią jak o przeżyciu mistycznym. W tradycji mistycznej Chrześcijaństwa zachodniego, a w zasadzie również wschodniego, spotykamy głównie mistycyzm mnichów, zakonników i duchownych. Tymczasem istnieje również mało popularna, gdyż przez wieki tłumiona, mistyka świeckich. O ile mistyka duchownych wiąże się głównie z takimi wartościami jak: pokuta, skupienie, wyrzeczenie, ubóstwo, posłuszeństwo i cierpienie. O tyle mistyka świeckich związana jest z: radością, przyjemnością, rozkoszą, wolnością, dobrobytem, twórczością i harmonią. Oba typy mistycyzmu sięgają najwyższych stanów świadomości i zjednoczenia z Najwyższą Świadomością, czyli Bogiem, ale każdy z nich prezentuje inny typ praktyki, potrzebuje innego otoczenia, innych warunków. Przeznaczony jest po prostu dla innych formacji duchowych.
Przyjemność, rozkosz, powodzenie, dobrobyt również mogą być drogą do Boga. Kiedy to zrozumiemy, kiedy przeprogramujemy swoją wiarą i medytacją własną podświadomość, zaczniemy doświadczać w życiu efektów “świadomości dobrobytu”. Nie będziemy musieli ofiarowywać Bogu już swoich chorób, będziemy mogli ofiarować Mu swoje zdrowie i znakomite samopoczucie, nie będziemy ofiarowywać swojego ubóstwa, będziemy mogli ofiarowywać Mu swoje bogactwo (słowo “ubóstwo” i słowo “bogactwo”, tak samo pochodzą od słowa Bóg). Nie będziemy jedynie “łączyć się z Chrystusem” w bólu i cierpieniu, będziemy mogli “łączyć się z Nim” w radości, przyjemności i rozkoszy.
A dla głęboko zaawansowanych w medytacji i kontemplacji nie czekają na tej drodze bolesne stygmaty, lecz ich rozkoszne przeciwieństwo. Czy możecie sobie wyobrazić, co to jest? |